AZJA, GRUZJA, GŁÓWNA
Komentarzy 6

Kazbek – mój wymarzony pięciotysięcznik z Mountain Freaks

Trzy lata wcześniej w gruzińskim miasteczku Stepancminda nie mogłam oderwać oczu od widoku potężnego, ośnieżonego szczytu, na tle którego czerniał zarys klasztoru Cminda Sameba.
Teraz w środku nocy razem z innymi uczestnikami wyprawy ruszam w jego stronę. Światła czołówek padają na skrytą w ciemnościach ścieżkę, dobrze znaną jedynie naszym przewodnikom. Jako jedno z wielu światełek w tym pochodzie, krok za krokiem przemieszczam się w kierunku wymarzonego celu – mierzącego 5047 m n.p.m. wierzchołka Kazbeku, zwanego Lodowym Szczytem.


KAZBEK ON MY MIND
Myśl o Kazbeku towarzyszy mi każdego dnia od momentu, gdy w lutym po wymianie maili z Ewą z Mountain Freaks, zostaję zaproszona do udziału w wyprawie organizowanej przez tę polsko-gruzińską agencję, działającą w Stepancmindzie (dawne Kazbegi) – bazie wypadowej na Lodowy Szczyt.

I tak, o Kazbeku myślę zapadając się po uda w śniegu na polskich i słowackich szlakach Beskidów oraz Tatr. Podobnie, gdy spocona jak mysz wspinam się błotnistymi ścieżkami do zagubionych wśród tarasów ryżowych filipińskich wiosek. Wiosną też nie zwalniam tempa, z myślą o Kazbeku dorzucając tygodniowe bieganie po ukraińskich Karpatach Wschodnich. A gdy tylko na Słowacji zostają otwarte szlaki regularnie wdrapuję się na tamtejsze dwutysięczniki.
A jednak ciągle nie opuszcza mnie wątpliwość – czy to wystarczy? Czy moje górskie wypady raz, dwa razy w tygodniu pozwolą mi wejść na szczyt, tak wymagającego pięciotysięcznika jakim jest Kazbek?
Na wszelki wypadek zaczynam regularnie ćwiczyć w domu z różnymi uśmiechniętymi i wysportowanymi blondynkami, zachęcającymi mnie do intensywnego wysiłku z ekranu mojego komputera.

Zgodnie ze wskazówkami Ewy – która dla grupy na facebooku złożonej z uczestników wyprawy, publikuje materiały dotyczące prawidłowego przygotowania się do wyjazdu i wejścia na Kazbek – zaczynam kolekcjonować odpowiedni sprzęt i odzież. Okazuje się bowiem, że zrobiony rok wcześniej trekking Annapurna Base Camp w Himalajach, a zdobycie szczytu takiego jak Kazbek, to dwie różne bajki. Ta druga – wymagająca specjalistycznej odzieży i sprzętu. Na szczęście, ustalam z Ewą, że część potrzebnych rzeczy wypożyczę na miejscu w biurze Mountains Freak.

I tak, pomiędzy górskimi wypadami, ćwiczeniami z You Tuba, kolekcjonowaniem sprzętu, domowymi obowiązkami i pracą przychodzi dzień moich urodzin – 10 sierpnia. Odbierając życzenia od znajomych, szykuję się do realizacji jednego z nich.
Późnym popołudniem odwieziona na lotnisko przez męża, stoję na progu wielkiej przygody. Chwilę potem samolot Polskich Linii Lotniczych LOT unosi mnie w stronę Warszawy, a stamtąd kolejny – do Tbilisi, stolicy Gruzji.

WITAJ PONOWNIE GRUZJO! (PIERWSZY DZIEŃ MOUNTAIN FREAKowania)
Miasteczko Stepancminda – do którego trafiam wraz z częścią grupy po nocnym locie Warszawa-Tbilisi, i blisko 3-godzinnej jeździe zorganizowanym przez Ewę busikiem z lotniska w Tbilisi – niewiele zmieniło się od czasu mojego ostatniego pobytu. Jednak z powodu deszczowej, mglistej aury straciło teraz swój główny atut – widok na otaczające je kaukaskie szczyty i pocztówkowy obrazek klasztoru Cminda Sameba na tle Kazbeku.

Podobnie, jak podczas mojej pierwszej obecności tutaj, w dniu naszego przyjazdu w miasteczku brakuje wody. Na szczęście pensjonat, w którym zostaliśmy umieszczeni przez Ewę ma swoją własną cysternę, o czym z dumą informuje nas jego właścicielka.

Gorąca kąpiel, działające w pokojach ogrzewanie, obfita supra, czyli tradycyjna gruzińska kolacja z dużą ilością jedzenia i wznoszonymi raz po raz kwiecistymi toastami – pozwalają nam choć trochę wyciszyć niepokój związany z nieciekawą pogodą.

Budująco działają też słowa Ewy – że owszem od kilku dni pogoda jest do bani, i niektóre zespoły prowadzone przez inne agencje nawet nie podjęły akcji szczytowej z Meteo – ale według prognoz i jej intuicji w dniu naszego ataku warunki będą dobre.

Rankiem następnego dnia – mżawka, unosząca się w powietrzu wilgoć, zimno i spowijająca góry mgła na nowo podkopują nasze względnie dobre nastroje.

Rozpoczynając wyprawę na Kazbek o takim pocztówkowym widoku klasztoru Cminda Sameba na tle szczytu, jaki podziwiałam 3 lata wcześniej, mogłam tylko pomarzyć.

W DROGĘ, CZYLI DZIEŃ DRUGI MOUNTAIN FREAKowania
Drugi dzień pobytu w Gruzji rozpoczęty śniadaniem w pensjonacie – równie obfitym i smacznym co wieczorna supra – zapowiada się intensywnie. Tego dnia po południu mamy opuścić nasze ciepłe pokoje z toaletą i bieżącą wodą i zacząć prawdziwą przygodę z Kazbekiem. Najpierw czeka nas jeszcze ogarnięcie kilku kwestii.

Dzień wcześniej odbieram z agencji sprzęt wypożyczony na miejscu (uzbierał się tego konkretny wór) i wstępnie rozdzielam rzeczy. Teraz muszę spakować bagaż tak, aby w jednym plecaku znalazło się wszystko to, co potrzebne w Stacji Meteo i podczas ataku szczytowego. Ten bagaż ma być wniesiony do Meteo przez konie. Plecak należy zabezpieczyć przed ewentualnym zmoknięciem poprzez zapakowanie go w kupione na miejscu plastikowe worki. 120 litrowy Jan Wiadomojaki zabrany z Polski okazuje się jednak wobec nich bezkonkurencyjny w swojej solidności.
Do drugiego plecaka pakuję z kolei rzeczy niezbędne w ciągu najbliższych dwóch dni, podczas których czeka nas nocleg pod namiotami w połowie drogi do Stacji. W tym plecaku najważniejszy jest śpiwór, karimata, Jetboil i raki. Namioty na miejsce noclegu mają być dostarczone przez konie, więc ich dźwigać nie musimy.
Rzeczy nieprzydatne w drodze na Kazbek zostawiam w pensjonacie, w udostępnionej nam do tego celu kanciapie.

Jeszcze rundka po okolicznych sklepikach w celu uzupełnienia zabranych z Polski zapasów i punkt 12.00 spotkanie całej ekipy w biurze Mountain Freaks. Stamtąd, grupa po grupie wypełniając podstawione pod biuro busiki, ruszamy w stronę klasztoru Cminda Sameba, po drodze podskakując na wybojach i zostawiając za sobą unoszący się w powietrzu pył. Prawdziwa jazda w gruzińskim stylu!

Klasztor Cminda Sameba na tle kaukaskich szczytów przy mglistej, deszczowej pogodzie nie wygląda tak pięknie, jak go zapamiętałam sprzed 3 lat w pełnym słońcu. Mamy chwilę na zobaczenie go z bliska. W tym czasie nasze plecaki ze sprzętem potrzebnym w Meteo zapakowane zostają na konie. Wkrótce w mżącym deszczu i my, i one ruszamy pod górę, zostawiając za plecami słynny pocztówkowy widok monastyru, przed sobą widząc tylko najbliższe, zielone wzgórza.
Główny cel naszej wyprawy pozostaje nadal niewidoczny – ukryty za ciężkimi, ołowianymi chmurami, nie wróżącymi dla nas nic dobrego.

Wbrew obawom i nieciekawym prognozom mżący deszcz nie zamienia się jednak w ulewę, lecz dość szybko zanika. Wychodzi nawet słońce. Spokojnym tempem, które nadaje nasz główny przewodnik Nika, po ponad 3-godzinnej wędrówce od położonego na wysokości 2170 m n.p.m. klasztoru Cminda Sameba osiągamy przełęcz Arsha.
Stąd widać już miejsce naszego obozowiska na najbliższą noc. Z reguły przełęcz, z charakterystyczną małą kapliczką, to doskonały punkt widokowy na Kazbek. Niestety nie tym razem. Cel naszej wyprawy nadal zasłaniają chmury.
Za to bliskość obozowiska i łagodne, ale odczuwalne schodzenie w dół z przełęczy wyzwala nowe siły. Jeszcze tylko metalowy mostek bez barierki przerzucony nad rwącą wodą i po ponad 4 godzinach wędrówki jesteśmy na miejscu – w Saberdze na polu biwakowym położonym na wysokości 3100 m n.p.m.

Po rozłożeniu namiotów przychodzi czas na: gotowanie wody do picia – jedną z głównych czynności w najbliższych dniach, posiłek – pierwszego liofila, który w przeciwieństwie do każdego następnego smakuje jeszcze całkiem dobrze, wieczorne pogaduchy i podziwianie gwiazd podczas przymusowego opuszczania namiotu wywoływanego wypiciem zalecanej ilości wody.

Taki widok na klasztor Cminda Sameba miałam dopiero podczas schodzenia z Kazbeku. Początek wyprawy nie rozpieszczał nas tak dobrą pogodą.

Widok na Kazbek z Przełęczy Arsha. Podczas podejścia szczyt ukryty był za chmurami.

Sabardze – miejsce naszego pierwszego obozowiska i noclegu. Tu, również uchwycone podczas zejścia z Kazbeku przy pięknej, słonecznej pogodzie.

STACJA METEO – NASZ NOWY DOM (TRZECI DZIEŃ MOUNTAIN FREAKowania )
Drugiego dnia trekkingu – po lioficie na śniadanie (który jeszcze wchodzi gładko) i złożeniu namiotów – kontynuujemy wędrówkę w stronę Stacji Meteo. To właśnie na tym etapie czeka nas pierwsze spotkanie z lodowcem. Uzbrojeni w raki wkraczamy na jego teren w gęstej mgle. W duchu dziękujemy za obecność przewodników, którzy w rozlanym wokół mleku potrafią znaleźć bezpieczny szlak.

W przypadku Gergeti, pierwszego lodowca w drodze na Kazbek nie jesteśmy jeszcze związani linami, za to podążamy gęsiego, krok w krok za wyznaczającym trasę Niką. W połowie drogi przez lodowiec mgła ustępuje, a przed nami w końcu otwiera się widok na szczyt. Nika wskazuje nam również miejsce lokalizacji Meteo.
Widząc cel łatwiej jest nam pokonać pozostałą część lodowca, a potem już bez raków, ostatnie ostre podejście po przesuwającym się pod nogami, sypkim podłożu.
Mniej więcej 4 godziny po rozpoczęciu wędrówki jesteśmy na miejscu – w Stacji Meteo, która w najbliższych dniach stanie się naszą bazą w drodze na szczyt Kazbeku.

Bethlemi Hut, zwana też Stacją Meteo, zlokalizowana na wysokości około 3600 m n.p.m., faktycznie pełniła kiedyś rolę stacji meteorologicznej. Dzisiaj to schronisko o surowym standardzie z kamienistym polem namiotowym i księżycowym krajobrazem wokół. Można zarezerwować w nim nocleg (należy zgłosić to wcześniej Ewie, koszt 40 lari od osoby za noc) w 8-osobowym pokoju na piętrowej pryczy. Oazą przytulności Stacji nazwać się nie da, ale po niedawnej wymianie okien na plastikowe jest tu zdecydowanie cieplej niż w namiocie, no i przestrzeni życiowej też jest więcej.

Kuchnia Stacji Meteo to miejsce ogólnodostępne, gdzie w cieple i fajnym towarzystwie można zjeść posiłek. Dostęp do kuchennego piecyka mają jednak tylko właściciele, trzeba więc nastawić się na bycie samowystarczalnym (własny Jetboil) i w kwestii wyżywienia polegać jedynie na własnych zapasach (ewentualnie liczyć na wymianę z innymi).

Dostępu do wody w Stacji nie ma. Przynosi się ją z zewnątrz, z rur którymi płynie z lodowca.
W Stacji brak również toalet. Na zewnątrz jest co prawda wychodek, ale to miejsce tylko dla odważnych, które łatwo zlokalizować po woni, jaka roztacza się w jego pobliżu. W tej sytuacji toaletą staje się każdy większy kamień, za którym można przycupnąć, bynajmniej nie w celu podziwiania okolicy, czy też gwiazd nocą. Człowiek szybko przyzwyczaja się do braku intymności w tym szczególnym momencie, stosując zasadę wyznawaną przez dzieci – jak zamknę oczy i nikogo nie będę widział, to i mnie nie zobaczą.

Tak więc okolica Stacji Meteo przypomina trochę wychodek – oprócz fizjologicznych pozostałości zalegają tu także wory ze śmieciami zrzucone w jednym punkcie, i walające się wszędzie odpadki. Nic dziwnego, że powoli w głowach Polaków odwiedzających Kazbek rodzi się pomysł posprzątania tego miejsca.

Nasi rodacy tłumnie odwiedzający szczyt, poza udziałem w zaśmiecaniu Stacji mają inny niezbyt chlubny wkład w zmiany, jakie tu zachodzą. Liczna obecność Polaków na Kazbeku przy częstym braku odpowiedniego przygotowania i sprzętu oraz nieumiejętności rezygnacji ze szczytu, gdy jest to wskazane, są powodem dla którego w Meteo w okresie letnim stacjonują polscy ratownicy-wolontariusze w ramach przedsięwzięcia Bezpieczny Kazbek.

Już kolejnego dnia obecności tutaj uświadamiamy sobie jak bardzo są potrzebni, przyglądając się akcji zakończonej ewakuacją śmigłowcem do szpitala w Tbilisi osoby, u której choroba wysokościowa wywołała obrzęk płuc. A na tej interwencji podczas pobytu naszej ekipy w Stacji, się nie kończy.

Widok na Kazbek jeszcze przed lodowcem Gergeti. Kolejne zdjęcie zrobione podczas schodzenia przy pięknej, słonecznej pogodzie.

Lodowiec Gergerti i górujący nad nim Kazbek uchwycone w trakcie schodzenia z góry. Podczas podejścia widoczność była bardzo ograniczona, bez szans na podziwianie takich widoków.

Budynek Stacji Meteo i namiot medyków z Bezpiecznego Kazbeku.

Widoki za Stacji Meteo, które podziwia się podczas porannego mycia zębów.

Kamieniste pole namiotowe przed Stacją Meteo.

Kuchnia w Stacji Meteo.

AKLIMATYZACJA I OCZEKIWANIE (DZIEŃ CZWARTY I PIĄTY MOUNTAIN FREAKowania)
Dzień zapowiada się intensywnie – przed nami wyjście aklimatyzacyjne na 4 tysiące metrów, a potem szkolenie z zasad chodzenia na linie, asekuracji, posługiwania się czekanem itp. Dzisiaj też zapadnie decyzja, kiedy ruszymy na szczyt – tej, czy kolejnej nocy.

Póki co, w Meteo spokojnie rozkręca się poranek, ze wszystkimi typowymi o tej porze czynnościami realizowanymi mniej typowo, niż na co dzień – czyli myciem twarzy i rąk w lodowatej wodzie wyciekającej z rury na zewnątrz Stacji, szorowaniem zębów z widokiem na okoliczne skały, i porannym siku za kamieniem.
Potem owsianka i kubek gorącej herbaty z Jetboila w ciepłej, gwarnej kuchni. I oglądanie niesamowitego spektaklu rozgrywającego się przed Meteo – z okolicznymi szczytami, lodowcem oraz chmurami w roli głównej.

Na wyjście aklimatyzacyjne ruszamy w pełnym składzie, choć niektóre osoby nie czują się najlepiej. Mimo podzielenia na dwa dni trasy od klasztoru Cminda Sameba do Stacji, wysokość daje o sobie znać. U mnie na szczęście objawia się jedynie płytszym oddechem i zadyszką po powrocie z toalety za kamieniem.

Wyjście aklimatyzacyjne większości osób służy i czują się po nim w Meteo dużo lepiej, niż wcześniej. Niestety, są i inne przypadki. Najbardziej dramatyczny dotyczy Finki z naszej grupy, z objawami ostrej choroby wysokościowej. Sytuacja jest na tyle poważna, że kończy się kolejną ewakuacją medyczną.
Ze względu na późną porę i niesprzyjające warunki pogodowe transport chorej śmigłowcem nie wchodzi w grę. Odbywa się wobec tego w noszach. Chłopaki z Bezpiecznego Kazbeku razem z Niką i drugim przewodnikiem transportują w ten sposób kobietę do podstawy lodowca. Tam, przekazana zostaje innej ekipie ratunkowej.

Późny powrót naszych przewodników związany z ewakuacją medyczną, przekreśla możliwość ataku szczytowego jeszcze tej nocy (co wyjdzie nam na dobre, jak się potem okaże).
W tej sytuacji mamy do wykorzystania dodatkowy dzień wypoczynku lub, u niektórych – kolejnych problemów z wysokością. Już wiadomo, że kilka osób nie ruszy następnej nocy w stronę szczytu.

A jako że w bazie proste czynności zajmują znacznie więcej czasu, niż normalnie, dzień mija szybko, a ja kładąc się w końcu spać po 22.00 nastawiam budzik na godzinę 00.40.
I z emocji przez dłuższy czas nie mogę zasnąć.

Poranny spektakl przed Stacją Meteo z lodowcem Gergeti, kaukaskimi szczytami oraz chmurami w roli głównej.

Na 4 tysiącach metrów podczas wyjścia aklimatyzacyjnego.

Stacja Meteo pod Kazbekiem.

Obozowisko przed Stacją Meteo.

Okolica Stacji Meteo.

Namioty ratowników z Bezpiecznego Kazbeku.

I jeszcze jeden widok ze Stacji na lodowiec Gergeti.

ATAK SZCZYTOWY (DZIEŃ SZÓSTY MOUNTAIN FREAKowania)
Po 1.00 wciskam w siebie liofila i kubek herbaty. Ewa wyczuliła nas, aby przed atakiem szczytowym koniecznie zjeść solidny posiłek. W trakcie akcji górskiej nie będzie już takiej możliwości – pozostaną tylko batony i żele energetyczne (i faktycznie, w ciągu kolejnych 12 godzin zjem zaledwie kilka orzeszków, gryza batonika i 3 kiełbaskowe mini snacki ).

O 2.00 w kaskach, z czołówkami i w uprzężach spotykamy się przed Stacją. Ponieważ nie wszyscy z naszej grupy podchodzą do ataku szczytowego, na jednego przewodnika przypadają 2-3 osoby na linie. To dość komfortowa sytuacja – nie musimy obawiać się utraty przewodnika, a tym bardziej niepowodzenia całej akcji w związku z ewentualną koniecznością sprowadzenia kogoś do bazy (ostatecznie z grupy 18 uczestników plus 2 liderów atakujących szczyt po drodze wycofuje się tylko jedna osoba, i jedna pozostaje na przełęczy nie wchodząc na sam wierzchołek góry).

Przez pierwsze pół godziny wędrówki mój organizm buntuje się przeciwko wysiłkowi o tak nieludzkiej porze – w środku nocy, po zbyt krótkim, nerwowym śnie. W końcu wskakuje na właściwe tryby, ale ogólnie ten czas, plus kolejne 2 godziny to nieciekawe, mozolne robienie wysokości na kamienistym, piargowym terenie w ciemności rozświetlanej jedynie blaskiem naszych czołówek.

Gdy przed lodowcem zakładamy raki i wiążemy się linami, robi się ciekawiej. Pierwotnie w zespole jestem ja, Przemek i nasz przewodnik Lado. Po roszadach związanych z powrotem do bazy jednej osoby, do naszej liny dołączony zostaje Wojtek.
Prowadzący wszystkie zespoły Nika sprawnie przeprowadza nas przez niebezpieczny, pełen zdradliwych szczelin teren lodowca.
Jednocześnie za naszymi plecami zaczynają dziać się cuda – wschodzi słońce, wyłaniając z mroku zachwycającą, rozległą górską przestrzeń wokół nas.

Docieramy do Plateau – wypłaszczenia za lodowcem na wysokości około 4400 m n.p.m. Stąd rozpoczyna się wymagający trawers masywu. Przed przełęczą pod samym szczytem Kazbeku robi się stromo. Z ulgą docieram w to miejsce. Z jeszcze większą zrzucam plecak.

Ostatni etap (jakieś sto metrów w pionie) robimy „na lekko”, jedynie z czekanami i oczywiście na linie. Podejście jest ostre, łagodzi je trawersujący zbocze szlak wydeptany przez szczęśliwców wchodzących na szczyt. Jeszcze kilka kroków, kilka lodowatych haustów powietrza i jestem w ich gronie. Udało się! 16-go sierpnia po niecałych 8 godzinach od opuszczenia Stacji Meteo osiągnęłam cel, o którym myślałam nieustannie przez ostatnie pół roku.

Widoki i warunki pogodowe mamy rewelacyjne. Tydzień wcześniej niektórzy o takiej pogodzie mogli tylko pomarzyć, a wiele grup przebywających wtedy w Meteo, ze względu na fatalne warunki nawet nie podjęło akcji szczytowej. Zresztą początek naszej wyprawy pod tym względem też nie wróżył nic dobrego. No cóż, jednak intuicja Ewy nas nie zawiodła.

Po obowiązkowej sesji zdjęciowej na szczycie czas wracać.
Kolejne etapy znanej nam trasy, które kosztowały sporo wysiłku pod górę, teraz wymagają więcej ostrożności i uwagi (szczególnie strome zejście ze szczytu do przełęczy i początkowy fragment szlaku tuż pod nią). Pokonujemy je jednak dwa razy szybciej (mimo problemów żołądkowych jednej z osób w naszym zespole).

Napięcie i obawy – uda się, czy nie uda zdobyć szczytu – ustąpiły. Wreszcie czerpię prawdziwą przyjemność z wędrówki. Mogę sobie na to pozwolić również dzięki poczuciu bezpieczeństwa – znający teren Lado czuwa nad każdym naszym krokiem.

Zmęczenie daje o sobie znać, gdy zdejmuję raki i wkraczam na nierówny, piargowy teren, który w przeciwną stronę pokonywaliśmy w ciemnościach. W końcu i ten męczący etap mamy za sobą.

Mimo, że w drodze na szczyt szliśmy zwartą grupą, powrót wygląda już inaczej. Poszczególne zespoły pojawiają się w Meteo oddzielnie.
Po 12 godzinach od opuszczenia Stacji jestem tu znowu. Szczęśliwa, spełniona i …. strasznie głodna.

Wschód słońca przed Plateau Kazbeku podczas ataku szczytowego.

Na szczycie.

Ponad chmurami na wysokości 5047 m n.p.m. (lub 5033 według innych źródeł).

Powrót ze szczytu, okolica Plateau.

I jeszcze grupowe zdjęcie bardzo szczęśliwych ludzi.

DZIEŃ SIÓDMY MOUNTAIN FREAKowania – POWRÓT
W drodze na dół towarzyszy nam słońce i widok Kazbeku. O takich warunkach i takiej panoramie mogliśmy zapomnieć podczas podejścia kilka dni wcześniej. Teraz dopiero mogę nasycić się widokiem góry, która co prawda dała mi w kość, ale i na zawsze znalazła miejsce w moim sercu.

Powrót ze Stacji Meteo do klasztoru Cminda Sameba, skąd busami zostajemy zabrani w dół do miasteczka, zajmuje nam 4 godziny. Po sześciu dniach wyprawy tylko 4 godziny marszu i krótka przejażdżka dzielą nas od rzeczywistości bez liofili, konieczności ciągłego gotowania wody do picia, zadyszki po powrocie z toalety za kamieniem, zimna i wiatru. Rzeczywistości, którą momentami przeklinałam, a za którą tak szybko zaczęłam tęsknić.

Ostatnie spojrzenie na kaukaskie szczyty i lodowiec Gergeti ze Stacji Meteo.

Lodowiec można pokonać także w ten sposób.

Widok na Kazbek z lodowca Gergeti podczas powrotu z bazy do Stepancmindy.

Saberdze, miejsce naszego pierwszego obozowiska i noclegu w drodze na szczyt.

Kazbek i niedziałające jeszcze schronisko w okolicy Saberdze.

Widok na Kazbek z Przełęczy Arsha.

Klasztor Cminda Sameba na tle kaukaskich szczytów.

Na Kazbek, mój wymarzony pięciotysięcznik, weszłam z Mountain Freaks  Mountain Freaks FB, polsko-gruzińską agencją działającą w Stepancmindzie (dawne Kazbegi) miasteczku u stóp tej góry. Agencja organizuje wyprawy na najwyższe szczyty Kaukazu (Elbrus i Kazbek), trekkingi w Gruzji, transport po kraju, wycieczki, przewodników, ma własną wypożyczalnię sprzętu i ogólnie jest miejscem, w którym spotykają się się wszyscy górscy maniacy odwiedzający okolicę. Prowadzi ją energiczna Polka Ewa Stachura oraz znający okoliczne góry jak własną kieszeń Jaba i Nika Gomiashvili. 

Gdybym nie trafiła w Internecie na relacje tych, którzy razem z Mountain Freaks zdobyli Kazbek, pewnie szczyt ten pozostawałby nadal w sferze moich marzeń.
Samodzielnie zorganizowanego wejścia na Kazbek zdecydowanie bym się nie podjęła – taka wyprawa wiąże się z bardzo solidnym przygotowaniem topograficznym, umiejętnością poruszania się po najeżonym szczelinami lodowcu (a nawet dwóch lodowcach) i odnajdywania drogi (bo na Kazbek nie prowadzi żaden znakowany szlak) podczas trudnych warunków pogodowych, o jakie tam nietrudno.
A tak, te wszystkie sprawy nie były na mojej głowie. Znalazłam się za to w grupie fajnych osób (prawdziwych mountain freaków) pod opieką Niki, jako głównego przewodnika i liderów wyprawy: Agi oraz Łukasza, ludzi o niesamowitej, pozytywnej energii, pasjonatów gór i tego co robią.

Dzięki tym osobom i ich doświadczeniu czułam się bezpiecznie. Nikt nas jednak nie niańczył. To była wysokogórska wyprawa pod okiem profesjonalistów, ale bez zbędnych wygód np. podanych do stołu w Meteo posiłków. O nie! Musieliśmy poznać smak żarcia z puszek i z proszku, i zatęsknić za domowym jedzeniem.
Za to po powrocie do Stepancmindy czekał na nas pyszny obiad, a potem prawdziwa gruzińska supra, z tradycyjną muzyką, winem, czaczą i toastami. A było co świętować!

Ekipa Mountain Freaks

Jeżeli podobają Ci się moje zdjęcia i/lub uważasz ten wpis za przydatny i wartościowy, będzie mi miło, gdy podzielisz się nim w SM (np. udostępniając na facebooku), polubisz go lub skomentujesz.
To dla mnie ważny sygnał, że jesteś tam, po drugiej stronie ekranu 🙂

6 Comments

  1. Kasia Helbin-Garycka says

    Marta Gratuluje spełnienia marzeń :)))
    A to cóż robiłaś to dla mnie mistrzostwo świata :)))

  2. Zazdroszczę niesamowitych doświadczeń, ale przede wszystkim odwagi! Też planuję Gruzję w najbliższym czasie, ale zdecydowanie mniej ekstremalnie. Od czegoś trzeba zacząć 😉

  3. Ania Natalia Beti says

    Gratuluję zdobycia szczytu :). Super opisana wyprawa , aż wróciłam wspomnieniami do każdej chwili jaką również miałam okazję przeżyć razem z Mountain Freaks oraz z Kazbekiem ! Dziękuję 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s