GSB
Dodaj komentarz

Beskid Śląski. Soszów i Stożek Wielki, czyli dwa przytulne schroniska, zachód słońca i wędrówka w ciemnościach

Światła czołówek ślizgają się, to po wydeptanej w śniegu ścieżce, to po gęstym szpalerze świerkowych pni z obu jej stron. Mija półtorej godziny od zachodu słońca. Liczyliśmy, że o tej porze zejdziemy już ze szlaku i spokojnie dotrzemy na parking, a stamtąd autem w stronę domu. Nic z tego. Jesteśmy w lesie. Dosłownie. W dodatku na naszej drodze pojawiają się kłody. I to nie w przenośni. Po prostu, powalone pnie drzew tarasują ścieżkę. No tak, skoro początek dnia na szlaku, zaczął się z przeszkodami, to i koniec musi być podobny. Ale – zdradzimy to już teraz – wszystko pomiędzy, było fantastyczne. Naprawdę.

Wymyśliliśmy to sobie tak. Kolejny etap Głównego Szlaku Beskidzkiego rozpoczynamy dokładnie w miejscu, gdzie zakończyliśmy ostatni. To znaczy na Przełęczy Beskidek (684 m n.p.m.). Tym razem, tam gdzie zakończymy wędrówkę, ma czekać nasze auto. Zostawimy je wobec tego na parkingu przy Przełęczy Kubalonka, a stamtąd ktoś życzliwy podwiezie nas do Wisły, a może nawet do Jawornika, skąd ruszymy na szlak.

Gdy stojąc przy drodze w pobliżu parkingu, rozpoczynamy realizację naszego planu, życzliwych osób przejeżdża obok sporo. Tylko żadna, nie zabiera nas ze sobą. W końcu, robi to kursujący na tej trasie (w niedziele rzadko) autobus. I tak za kwotę 5 złotych od osoby, docieramy do Wisły, ze sporym opóźnieniem w stosunku do planów oraz ze świadomością, że ostatni fragment szlaku będziemy musieli pokonać po ciemku.

Wędrując czarnym szlakiem przez około dwadzieścia minut, od Pensjonatu u Fojta w Jaworniku do Przełęczy Beskidek, porównujemy zapamiętane sprzed dwóch tygodni widoki, z tym co trasa oferuje teraz. Śniegu jest znacznie mniej niż poprzednio. Może z tego powodu, a może przez to, że wędrujemy tą samą drogą ponowie, odcinek do Przełęczy trochę nam się dłuży i zachwyca znacznie mniej, niż ostatnio.

W końcu wracamy na czerwony szlak. Z Przełęczy Beskidek, skąd po ostatniej wizycie na Czantorii, zeszliśmy do Jawornika, ruszamy teraz w stronę Soszowa Wielkiego (886 m n.p.m.). Ożywiamy się, wkraczając na nieznaną ścieżkę. Szkoda tylko, że towarzyszy temu ponura aura. Jest wietrznie i pochmurno. Ogołocone z liści buki potęgują to posępne wrażenie. Jednak, im bliżej Soszowa, nagie pnie ustępują miejsca przyprószonym przez śnieg gałęziom świerków.

Na szczycie, śniegu jest już całkiem sporo. Wyciąg krzesełkowy wwozi na górę coraz to nowych miłośników białego szaleństwa. Nasze zainteresowanie skupia się jednak na innym miejscu. Jest nim, wypatrzone z oddali schronisko. Po przekroczeniu jego progów, czujemy się jak w przytulnej górskiej chatce. W dodatku chatce w wydaniu świątecznym. Jest choinka i bożonarodzeniowe ozdoby u firanek. Aż nie chce się stąd wychodzić.

Twardy i gładki lód podstępnie przykryty jest warstwą białego puchu. Takie śliskie niespodzianki czekają na nas zaraz po opuszczeniu przytulnego schroniska na Soszowie, kiedy to rozpoczynamy podejście w stronę Cieślara (918 m n.p.m.). Wymagają ostrożności i skupienia.

A skupić się na drodze jest coraz trudniej. Z posępnej, bukowej krainy pomiędzy Przełęczą Beskidek a Soszowem, trafiliśmy w końcu na otwartą przestrzeń z pięknymi, rozległymi widokami. Wędrujemy więc w zachwycie tą śnieżną, górską krainą, mając po lewej widok na jej polską, a po prawej czeską stronę.

Panorama z Cieślara to dopiero jest coś. Widać stąd cały Beskid Śląski i Żywiecki oraz południową część Beskidu Śląsko-Morawskiego. Nazwa wzniesienia pochodzi od nazwiska wójta Tomasza Cieślara, a ponieważ obecnie w Wiśle nazwisko to jest bardzo popularne, na szczycie od 2012 roku odbywają się spotkania Cieślarów.

Fajnie tym Cieślarom, że mają swój szczyt. My za to mamy swój plan i musimy zacząć sprawnie go realizować, bo zimowe dni długie nie są. Robi się późno, a przed nami jeszcze spory kawałek drogi. Na tej drodze w pierwszej kolejności mijamy Mały Stożek (843 m n.p.m.). Potem ostre podejście i jesteśmy na Stożku Wielkim (978 m n.p.m.). Ależ ta trasa na szczyt jest piękna! Dość forsowna, ale piękna.

Na górze też cudnie. Mimo, że sam szczyt jest zalesiony, widoki sprzed schronisko PTTK na jego wierzchołku oraz z okien budynku są wspaniałe. W przytulnym, drewnianym wnętrzu schroniska, jak zwykle ulegamy naszej słabości do pierogów z jagodami. Mniam!
Posiłek i odpoczynek w schronisku, wprowadzają nas w stan błogiego rozleniwienia. Nie czas jednak na to. Do Przełęczy Kubalonka (761 m n.p.m.) przez Kiczory (990 m n.p.m.) i Beskid (824 m n.p.m.) mamy jeszcze dwie godziny marszu.

Ten odcinek szlaku początkowo prowadzi wąską, zaśnieżoną ścieżką między świerkami. Od czasu do czasu odsłaniają się przed nami piękne, górskie panoramy. Zbliża się pora zachodu słońca – intymna godzina, kiedy to góry wyczarowują niezwykły spektakl dla tych, którzy nie opuścili ich zbyt wcześnie.

Na tym odcinku drogi nie spotykamy nikogo. Mamy więc wrażenie, że cudowny spektakl płonących czerwienią gór przeznaczony jest tylko dla nas. Jak to ze spektaklami bywa, po ich zakończeniu kurtyna opada i gaśnie światło. Wtedy … wyciągnąć należy czołówki, by w ich świetle pokonać ostatni fragment trasy. I przekonać się, że tarasujące drogę pnie drzew, znajdują się tuż przed samym jej końcem, prowadzącym do oświetlonych zabudowań na Przełęczy Kubalonka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s