AZJA, CHINY
Dodaj komentarz

Chiny, Syczuański hot pot

Planując wyprawę do Chin, nie mogliśmy pominąć Syczuanu. Kusiła nas jego różnorodność – żyzne, dostatnie tereny Kotliny Syczuańskiej we wschodniej części prowincji, sąsiadujące z  górzystą, słabo zaludnioną i dziką częścią zachodnią. Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć spektakularne dzieła natury, w postaci turkusowych jezior, wodospadów i gór rezerwatu Jiuzhaigou oraz wytwory rąk ludzkich, które w nadrzecznym klifie potrafiły wykuć 71-metrowy posąg Buddy. Poczuć pikantny aż do łez, smak potraw i złagodzić go miseczką jaśminowej herbaty. Wybrać z tego miejsca – tak jak z najsłynniejszego lokalnego dania, zwanego gorącym kociołkiem, wyławia się kawałki tofu, mięsa czy grzybów – najbardziej dla nas smakowite, podróżnicze kąski.

Bezpośrednio po lądowaniu w Pekinie, przesiadamy się do samolotu, który zabiera nas w kierunku stolicy Syczuanu, Chengdu. Na miejscu jest deszczowo i zimno. Dowiadujemy się, że w zaplanowanym czasie, nie mamy szans na dotarcie do tybetańskiej Aby, a bilety autobusowe do rezerwatu Jiuzhaigou na dzień następny są nieosiągalne. Staramy się jednak nie tracić dobrego nastroju i entuzjazmu. Postanawiamy zaszyć się w jakiejś przytulnej knajpce i delektując się specjałami najlepszej na świecie kuchni, czymś w stylu dobrze nam znanego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym lub z pędami bambusa, zapomnieć o pierwszych niepowodzeniach.

DIABELSKA KUCHNIA I NIEBIAŃSKI HOT POT

Idziemy wzdłuż rzeki w stronę centrum. Jest ciemno, zimno i pada deszcz. Zamiast przytulnych knajpek, mijamy ogromne restauracje o stołówkowym lub kiczowatym wystroju, z menu zapisanym chińskimi krzaczkami, w dodatku bez zdjęć potraw. Nikt nie mówi po angielsku. Odległości pomiędzy poszczególnymi punktami na mapie, okazują się trudne do pokonania pieszo. Dociera do nas fakt, że w tym ogromnym mieście, nie znajdziemy typowego „turystycznego getta” – miejsca, gdzie można zjeść naleśniki z bananami (najlepszy wyznacznik takiej okolicy, niezależnie od szerokości geograficznej), a znajdujące się na każdym kroku agencje, zapewnią transport do wszystkich lokalnych atrakcji. Nikt nas nie zaczepia, niczego nie próbuje sprzedać. Nie słychać natarczywego „Hello, my friend”. Mimo to cały czas czujemy na sobie spojrzenia – ciekawskie, ale życzliwe.

W końcu, poprzez strugi deszczu, dostrzegamy uliczkę pełną straganów. Gołe żarówki oświetlają ułożone w zgrabne kopki produkty, wyglądające na szaszłyki. Rozwiązanie idealne dla nas. Wreszcie będziemy mogli wybrać i wskazać, na co mamy ochotę. Podchodzimy bliżej. Tak, to co widzimy, w większości nabite jest na drewniane patyczki. Jednak zamiast równych kawałków mięsa są na nich: kacze dzioby, kurze łapki, wszelkiej maści owoce morza oraz podroby, sąsiadujące z poskręcanymi świńskimi ogonami. Na bezpieczny, sycący posiłek nie mamy co liczyć (dopiero z czasem zrozumiemy, że mieliśmy wówczas okazję do spróbowania wyszukanej wersji hot pota).

Zrezygnowani, zmarznięci i przemoczeni wracamy do hotelu. Po drodze kupujemy dwie chińskie zupki, w postaci sporych kubełków. Nawet one smakują inaczej, niż te z naszych sklepów.

Przyzwyczajeni do sprawnego i zgodnego z planem przebiegu naszych podróży, zastanawiamy się ile jeszcze czeka nas niespodzianek w ciągu tej miesięcznej wyprawy, podczas której przez Syczuan, Yunnan, Guangxi, Hongkong i Shanghaj zamierzamy wrócić do Pekinu. Co z dostępnością biletów? Gdzie jeszcze przyjdzie nam utkwić i jak modyfikować nasze plany? I czy faktycznie najlepsze chińskie jedzenie jest w Londynie?

Nocą wszystkie koty są czarne. Następnego dnia dotychczasowe trudności postanawiamy potraktować jako ciekawe wyzwania. Zaczynamy od śniadania. Tym razem, na pewno nie będą to chińskie zupki.

Po opuszczeniu hotelu, naszą uwagę szybko przykuwają, doskonale widoczne w chłodnym powietrzu, kłęby pary unoszące się znad wielkiego, metalowego kotła. Okazuje się, że jego wnętrze mieści ciepłe bułeczki z mięsnym lub warzywnym farszem. Teraz syci i szczęśliwi możemy ruszać na podbój Chengdu.

Przekonujemy się, że duże odległości warto pokonywać taksówkami – tanim i pewnym środkiem transportu. W pierwszej, którą jedziemy, właścicielka rozklekotanego auta zakłada wysłużone białe rękawiczki, łamie licznik i włącza nagranie zaczynające się od słów „Welcome in my taxi…”. Z dumą wiezie nas przez pół miasta za równowartość 10 RMB.

Na Placu Tianfu, znajdującym się w centrum Chengdu, socrealistyczne budynki sąsiadują z nowoczesnymi wieżowcami, a marmurowy posąg Mao z wielkopowierzchniowymi reklamami. To zadbane, spokojne, nieciekawe miejsce. Jego przeciwieństwem są gwarne i tłoczne ulice handlowe. Nie możemy uwierzyć, że jeszcze wczoraj mieliśmy problem ze znalezieniem czegoś do jedzenia. Tu, na każdym kroku znajdują się stragany. Szaszłyki nareszcie wyglądają tak jak powinny. Piętrzą się na apetycznych stosach. Obok nich, stoiska z zupami i makaronami. Jest nawet sushi.

Oszołomieni energią chińskiej ulicy, szukamy wyciszenia w świątyniach. Jeszcze przed chwilą otaczało nas morze rowerów, skuterów, taksówek, straganów oraz barwnie ubranych nastolatków o dziwacznych fryzurach – teraz podpatrujemy mnicha, w ciszy i skupieniu kaligrafującego skomplikowane znaki.

Skoro jesteśmy w stolicy Syczuanu, musimy spróbować najsłynniejszej potrawy tego regionu – gorącego kociołka zw. hot pot. Do dzisiaj jesteśmy wdzięczni dziewczynie z hotelu, która poleciła nam restaurację Yuan’s Chuan Chuan Xiang. Mieliśmy przednią zabawę, biegając do olbrzymiej chłodni po nabite na patyczki mięsa, warzywa, przepiórcze jaja, grzyby i tofu, które należało zanurzać w gotującym się wywarze z chili, a na koniec maczać w oliwie przyprawionej czosnkiem, sosem sojowym i ziołami. Mniam.

KRĘTĄ DROGĄ DO CHIŃSKIEGO RAJU

Nie wystarczają nam niebiańskie doznania kulinarne. Postanawiamy odwiedzić chiński „raj na ziemi”. Sloganem tym reklamowany jest park Jiuzhaigou. W końcu zdobywamy bilety na autobus, którym dotrzemy do upragnionego celu.

Trasa początkowo łatwa, stopniowo zamienia się w krętą, górską drogę. Kierowca pokonuje ją niemiłosiernie szybko, wciąż trąbiąc i wyprzedzając kolejne pojazdy. Przejeżdżamy przez góry na wysokości przekraczającej 3 tysiące m n.p.m., gdzie jeszcze leży śnieg. Po tegorocznej zimie jego widok cieszy nas znacznie mniej, niż podróżujących z nami Chińczyków.

10-godzinna jazda dobiega końca. Zmęczeni podróżą i poszukiwaniami noclegu, marzymy jedynie o kolacji i śnie. Idąc coś przekąsić, przyglądamy się okolicy. Wyraźnie widać, że miasteczko żyje dzięki popularności, jaką cieszy się rezerwat. Każdego dnia przyjeżdżają tu dziesiątki autokarów wypełnionych hałaśliwymi, ubranymi w jednakowe czapeczki lub koszulki, chińskimi turystami. Miejscowi dyktują przyjeżdżającym twarde warunki. To miejsce bardzo drogie, jak na chińskie realia. Począwszy od cen noclegów i posiłków, na bilecie wstępu do parku kończąc. Przekonujemy się o tym następnego dnia, gdy za wejście na teren Jiuzhaigou płacimy 220 RMB. Jednak gdyby nie fakt, że na początku kwietnia zieleń jest jeszcze uśpiona, a po malowniczej zimowej scenerii nie ma już śladu, nawet przez chwilę nie żałowalibyśmy wydanych pieniędzy.

Korzystamy z wewnętrznej sieci autobusów (dodatkowy koszt 90 RMB), które dowożą nas do głównych atrakcji parku, położonego w  dolinie kształtem przypominającej literę Y, o długości ponad 40 km. Trzeba przyznać, że natura z wyjątkowym rozmachem i fantazją ukształtowała to miejsce. W intensywnie niebieskich i krystalicznie czystych jeziorkach odbijają się szczyty potężnych gór. Woda jest tak spokojna i przejrzysta, że na dnie wyraźnie widać kamienie oraz pnie i kanary przewróconych drzew. Gdzie indziej – spada z wysokich skał, tworząc spektakularne wodospady. Jeden z nich, wyjątkowo szeroki, wygląda niczym wodna kurtyna.

W malowniczy krajobraz rezerwatu wtopione są wioski, zamieszkane przez ludność narodowości tybetańskiej. Całość utrzymana jest w barwnym, wręcz kiczowatym stylu, tak lubianym przez Chińczyków. Kwitnie handel pamiątkami. Mało tu autentyzmu, a sporo komercji. Bardzo liczyliśmy na kontakt z prawdziwą tybetańską kulturą, ale skoro nie uda nam się dotrzeć do Aby, musimy zadowolić się jej namiastką. Autentyczne są przynajmniej twarze miejscowych, o wyrazistych, wysmaganych wiatrem rysach.

W drodze powrotnej z Jiuzhaigou do Chengdu trafia się nam stary, rozklekotany autobus. Od ciągłego hamownia na krętej, stromej drodze zagotowują mu się hamulce. W najbliższej wiosce, na czyimś podwórku, kierowca chłodzi je zimną wodą ze szlaucha. Nie za darmo i nie jako jedyny. Poza tą usługą gospodarz proponuje jeszcze, odpłatne skorzystanie z wychodka dla wszystkich pasażerów. Czyżby prywatna inicjatywa w Chinach?

Wracamy na trasę. Ciąg dalszy, tak jak w poprzednią stronę – szybko, brawurowo i z klaksonem.

OLBRZYMI BUDDA I GIGANTYCZNE TŁUMY

Kolejny raz opuszczamy Chengdu. Dwugodzinna jazda autobusem (koszt 44 RMB) i jesteśmy w Leshanie. Przyjechaliśmy tu, obejrzeć największy na świecie posąg siedzącego Buddy, zwany Dafo. Chcemy zobaczyć go od strony rzeki. Kierowcy taksówki, zatrzymanemu niedaleko dworca, rysujemy łódkę, powtarzając „Dafo, Dafo”. Udało się. Taksówkarz wysadza nas w porcie. Niestety, utrzymująca się od rana mgła, nie chce opaść. Rejsy są odwołane. Ktoś kieruje nas na przystanek autobusowy, wskazuje odpowiedni numer pojazdu.

Docieramy na miejsce (bilet wstępu 90 RMB). Jeszcze nie zobaczyliśmy gigantycznego posągu, a już jesteśmy pod ogromnym wrażeniem…tłumu. Jest niedziela i ilość chińskich wycieczek przyprawia o zawrót głowy. Szczelnie wypełniają dziedziniec pobliskiej świątyni, powtarzając rytuał składania ofiar i próśb o pomyślność. Palą papierowe, ofiarne pieniądze, kadzidła, lampiony.

Przyglądanie się tym ceremoniom to fascynujące zajęcie. Nie mniej fascynujące okazuje się stanie w ogromnej kolejce, prowadzącej w dół. Chińczycy dobrze czują się w ścisku i tłoku. Lubią wyprzedzanie, przepychanie się i leżenie na cudzych plecach. Nie istnieje dla nich pojęcie przestrzeni osobistej, każde wolne miejsce jest natychmiast wypełniane.

Schodzimy coraz niżej. Patrzymy na stopy Dafo wielkości wycieczkowych statków (a jednak, zaczęły pływać). Godzinę (!) zajmuje nam zejście na sam dół. Po chwili potrzebnej na kontemplację posągu z tej perspektywy, znów zaczynamy się wspinać.

Krążąc po pobliskich świątyniach i pawilonach, zatopionych w tropikalnej roślinności, zastanawiamy się nad potęgą wiary. W przypadku tego miejsca, wiara nie tyle przeniosła góry, co rękami człowieka nadała im kształty boga. Gigantyczny posąg Buddy powstał bowiem, dzięki staraniom mnicha o imieniu Haitong, żyjącego w VIII w. Wierząc, że Dafo będzie chronił łodzie rybaków, podjął się jego budowy, a nawet dał się oślepić. Co ciekawe, po ok. 90 latach, gdy zakończono prace, okazało się, że odłamki skalne spadające do rzeki, uspokoiły jej nurt. Łodzie rybaków mogły od tej pory bezpiecznie przepływać pod łagodnym spojrzeniem Buddy.

Przetartym szlakiem wracamy do Chengdu. Jutro opuszczamy to miejsce i ruszamy w stronę Yunnanu.

Ostatni wieczór nie może obyć się bez hot pota. W gwarnej, wypełnionej po brzegi przez miejscowych knajpce, kolejny raz, długo nie dajemy wystygnąć naszemu gorącemu kociołkowi.

ŁAGODNE POŻEGNANIE

Na koniec pobytu w Syczuanie fundujemy sobie sympatyczny, łagodny i puszysty akcent.

Poranek przed odjazdem postanawiamy spędzić w towarzystwie pand (półgodzinna jazda busem i wydatek 58 RMB za wstęp). Ciężko myśleć o nich w kategorii drapieżnych zwierząt, patrząc jak leniwie i pociesznie objadają się pędami bambusa. Równie leniwie podchodzą niestety do kwestii powiększania stada, co stanowi jeden z powodów, dla których gatunek ten zagrożony jest wymarciem. Trzymając kciuki za powodzenie misji Instytutu Hodowli i Rozmnażania Pandy Wielkiej, opuszczamy to miejsce.

Zabieramy plecaki z hotelu, łapiemy taksówkę i docieramy na dworzec kolejowy. 19-godzinną podróż do Kunmingu urozmaica nam konsumpcja kulinarnych wynalazków z wózka, krążącego co chwilę wzdłuż wagonu oraz rozwiązywanie matematycznych łamigłówek z Chińczykami z naszego przedziału.

Przed nami słoneczne krajobrazy Yunnanu, a w dalszej perspektywie wielkie miasta Chin, zabytki i przyroda. I tylko syczuańskiego hot pota żal…

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s